29.08.2016

Latarnik



Sklep w sukiennicach otaczających główny rynek tak lśnił i migotał, że Margolota przekraczając próg musiała zmrużyć oczy. Zajączki światła skakały między szkiełkami okularów, lornetek, lunet, teleskopów i wszystkich instrumentów, jakie wymyślono do tej pory, by wspomóc siłę oglądania, podglądania i zaglądania.
Wśród migotania i lśnienia, za ladą na której pyszniło się kryształowe zwierciadło, siedział spiczastouchy gnom. Z okularami zsuniętymi na czubek nosa pakował do inkrustowanego futerału lunetę, zakupioną właśnie przez młodą niewiastę niecierpliwie czekającą na sfinalizowanie transakcji.
- Och! Margo! – ku uldze gnoma drobna rączka bębniąca w blat zatrzymała się na moment, gdy jej właścicielka dostrzegła wieśmę wchodzącą do sklepu. – Co tu robisz? Jak to dobrze, że cię widzę! Koniecznie muszę ci coś pokazać! Nie uwierzysz! – wykrzykniki obsiadły wieśmę na podobieństwo stada wróbli, skubiąc umysł niecierpliwym domaganiem się uwagi.
Margolocie to nie przeszkadzało. Lubiła wróble znajomej szlachcianki.
- Przyniosłam do naprawy okulary Smoka. Usiadł na nich. – położyła na ladzie mały, wymownie płaski pakuneczek. – Mam trochę czasu, zanim mistrz gnom ich nie poskłada. Wprawdzie miałam jeszcze…
- O nienie! Nic z tego! – szlachcianka wsadziła pod pachę futerał z lunetą, drugą ręką zagarniając Margolotę. – Idziesz ze mną.
I Margolota poszła, w sumie bez większego oporu porzucając grafik swojego pobytu w stolicy. Była ciekawa. Jak każda wieśma.
Wysoki  mur okalający miasto od strony morza opadał stromo w dół, przechodząc w szarą skałę u podnóża której kotłowała się spieniona kipiel. Pachnący jodem wiatr wplątywał się w jasne loki szlachcianki i targał suknie kobiet wspartych o zęby krenelażu.
- Bardziej w prawo!
Margolota posłuszna nawigacji przyjaciółki, przesunęła odrobinę okular lunety, łapiąc w szkło rozmyty obraz latarni morskiej. Wyregulowała ostrość, śledząc sylwetkę mężczyzny zdążającego ku niewielkiej chatce przytulonej do latarni. – Aha. Widzę go. – mruknęła. – Chyba idzie do wygódki. – zaraportowała. 
- Przystojny, prawda? – rozentuzjazmowana szlachcianka podskakiwała wokół wieśmy jak pchła.
- Chyba tak. Trochę daleko…
- Bardzo przystojny! Dowiedziałam się w admiralicji, że ma na imię Edward a oni zawsze są przystojni! Wyobrażasz sobie!? Edward!  Na pewno jest bardzo oczytany. Słyszałam, że latarnicy dużo czytają. No i silny. I lubi ptaki. I zwierzęta. Ktoś taki musi lubić przyrodę. I szum morza. Pewnie ma owłosioną klatę i wspaniałe mięśnie. I niebieskie oczy. Koniecznie niebieskie! Inne by mu nie pasowały. Och…- westchnęła rozmarzona. – Jest taki cudowny… - westchnęła raz jeszcze. – Prawda?
- No…skoro tak mówisz. – wieśma raz jeszcze zerknęła przez lunetę, ale klata z domniemanym owłosieniem zniknęła za drzwiami wygódki. – To kiedy się z nim spotkasz?
- Ale po co?! – wielkie oczy szlachcianki wyrażały bezgraniczne zdumienie.
- No… - teraz z kolei zdziwiła się Margolota. - Żeby go poznać.
- Na głowę upadłaś?! Przecież mógłby okazać się zupełnie inny, niż w moich marzeniach!

Lela



ps. Zdjęcia znalezione kiedyś na FB, niestety, nie pamiętam autora a wyszukiwarka milczy.

18.08.2016

Otwórz Oczy

Od rzeki powoli wstawała mgła, wpełzając białymi palcami na ściernisko. Owijając się dookoła snopów zżętego zboża coraz śmielej podchodziła ku kręgowi światła, zatrzymanego przez ozłoconą blaskiem ścianę Prastarej Puszczy.
Ogniska rozpalone na przedpolu wsi pięły się w górę roztańczonymi płomieniami. Iskry mieszały się z gwiazdami rozsypanymi na aksamitnej czerni i gasły opadając na krąg rozrytej ziemi otaczającej płonące gałęzie.
Gwar, śmiechy, piski rozradowanej dzieciarni, skoczne tony skrzypiec i tamburynu niosły się echem daleko, aż za zakręt rzeki. Mieszkańcy wsi roili się po ściernisku oblegając kolorowe wozy trupy aktorskiej i miejsce, gdzie zamorscy sztukmistrze spolegliwie dzielili się swym talentem z głodną rozrywki publicznością. Pachniało nadpaloną brodą połykacza ognia, pieczonymi kartoflami, piwem i perfumami, którymi suto skropiły się panny w celu odegnania komarów i przywabienia zalotników. W tej kolejności.
Wóz stojący niemal pośrodku taboru różnił się od pozostałych. Choć tak samo opromieniony blaskiem ognia, roztańczony chybotliwymi cieniami pląsających ludzi zdawał się odsuwać niechętnie od zgiełku i radości. Solidny, potężny, jako jedyny pozbawiony wesołych malowideł i falbanek obsiadających pozostałe budy na podobieństwo stada papug, trwał posępnie, odcinając się od wesołości mocno zasznurowanym wejściem.
A jednak to do niego kierowała się wieśma, prowadzona przez trubadura w pstrokatych portkach i czapce z pawim piórkiem.*
- Czasem wychodzi. – mówił, obracając się co i rusz przez ramię. – Ale ludzi unika. Złotem nam płacił, to go wzięliśmy ze sobą. Swój wóz ma, nikomu nie wadzi a grosz się zawsze przyda. – westchnął. – Na początku myśleliśmy, że to poeta jaki albo bajarz…
- Aha. Bajarz. I złotem płaci? – wieśma wyraziła daleko idący sceptycyzm.
- No…mógł majątek odziedziczyć. – trubadur podrapał się pod piórkiem. – Chudy, z podkrążonymi oczami, smętny. Wypisz wymaluj literat.
- I literata tak się boicie?
- A…a bo on dziwny jest.
- To chyba cecha zawodowa.
- No ale on nie pisze. Znaczy, nikt nie widział, żeby co pisał a przecież podróżujemy już rok z okładem. Przynajmniej jaki pergamin czy inkaust by dokupił.
W wieśmie coraz bardziej rosła ciekawość. Kim był tajemniczy człek, towarzyszący trupie aktorskiej? Piekarz, który go spotkał przy studni powiedział Margolocie tylko tyle, że mężczyzna wyglądał na chorego. Gdy dowiedział się o ich leśnej uzdrowicielce, błagał, by niewiastę do jego wozu zaprosić. Na propozycję spaceru przez las tylko ramionami wzruszył, więc piekarz wysłał do Margoloty syna, bo żal mu się zrobiło dziwnego osobnika. Kto wie, jakie licho go opętało, jaka choroba trawi? Pomóc trzeba.
- Jest tam kto? – wieśma zabębniła wcale nie delikatnie w bok wozu, ciekawie zerkając przez ciasno zasznurowaną budę.
W środku zakotłowało się gwałtownie, błysnął cieniutki płomyczek lampy, wydobywając z mroku przygarbioną sylwetkę. Po chwili szurnął rzemień zamykający wejście, ukazując bladą, wymizerowaną twarz. – A ty kto?
Powitanie było mało zachęcające.
- Wieśma. Chciałeś się ze mną zobaczyć.
Siwiejący mężczyzna musiał pielęgnować w wyobraźni nieco inny wizerunek wieśmy, bo nieufnie przyjął obraz pozbawiony brodawek, haczykowatego nosa i miotły. Cofnął się niechętnie, wpuszczając kobietę do wnętrza wozu.
A potem zaczął mówić. Zrazu nieskładnie, co i rusz gubiąc myśli, plącząc się, gdy brakowało słów na wyrażenie tego, co kotłowało się w jego zbolałej głowie. Margolota zaś słuchała, bo czasem to najlepsze co można zrobić dla drugiego człowieka. Wysłuchać. Dać mu swój własny czas. Nie zwracała uwagi na wesołe śpiewy dochodzące ze ścierniska, na pokrzykiwania dzieciarni ani na dźwięczne tony ballady snutej przez trubadura. Szła ramię w ramię z nieznajomym przez jego szary świat. Opowiadał jej o szukaniu szczęścia. O tym, jak opuścił rodzinne miasto mając dosyć zgryzot i strachu przed samotnością. O tym, jak kupił wóz i przyłączył się do trupy wędrownych aktorów, zwabiony rozhukaną radością kolorowego taboru. I o tym, jak miesiąc za miesiącem bezskutecznie czekał na odmianę losu, bojąc się choćby nos wyściubić za płachtę wozu. Czekał. Dzień za dniem. Na szczęście. Na znak. I teraz, nareszcie los uśmiechnął się do niego. Usłyszał o wieśmie w Prastarej Puszczy. O czarownicy. Złotem zapłaci, da jej co tylko ta będzie chciała. Byle powiedziała mu, gdzie szczęście znajdzie, rzuciła runy, wyrysowała mapę...
- Tyle krain zjeździłem… - wyszeptał, patrząc zmęczonym wzrokiem na nikły płomyczek lampy. – Byłem już wszędzie. I nigdzie nie znalazłem tego, czego szukam. – przeniósł spojrzenie na twarz wieśmy. – Powiedz mi. Gdzie jest moje szczęście? Jak długo mam jeszcze wędrować?
Margolota nie odpowiadała. Duszny mrok przytłaczał, zdawał się tłumić światło lampy odzierając je z miękkiego ciepła. Kotłował się desperacko, naciskając widmowymi palcami na ściany wozu.
- A gdzie ma być? – odparła w końcu, uśmiechając się do mężczyzny. – Przecież to twoje szczęście. Jest tam, gdzie jesteś ty. Wyruszyłeś w drogę. Dobrze. Ale czemu podróżujesz z zamkniętymi oczyma?

*Trubadur posiadał też oczywiście i pozostałe części garderoby, ale tęczowe gacie i piórko były akcentami, których po prostu nie dało się w opisie pominąć.

Lela


12.08.2016

Precle i mądrości



Las pachniał. Niskie, poranne słońce czesało promienie pniami potężnych drzew, układając mozaikę światła i cienia na mlecznych od rosy chusteczkach pajęczyn, ścielących się na połaciach mchu. Sierpień wybarwił korale jarzębin, oblekł soczystą czerwienią kalinę, upstrzył owocami konwalii ciemną zieleń jagodników. Ujął gościniec w żółte chwosty dziurawca i błękitne gwiazdki podróżniczka. Trele i pohukiwania niosły się po Prastarej Puszczy spokojną, późnoletnią radością dostatku. Gdzieś zaterkotał dzięcioł, zatupotały spłoszone kopyta sarny, gdy umykała z traktu w leśną gęstwinę.
I tym lasem pachnącym, lasem rozśpiewanym podążała Margolota ku chacie Bajarza. Szła niespiesznie, z niewielkim, wiklinowym koszem zakrytym lnianą ściereczką, każdym krokiem odmierzając czas do pory, w której Siniger otworzy zaspane oczy i nagryzmoli na zaściełających stolik karteluszkach wszystkie wyśnione pomysły. Nie chciała mu przeszkadzać w tej szczególnej chwili przechodzenia przez bramę między wymiarami. I dlatego też, pchnęła drzwi Bajarzowej chaty wtedy, gdy z komina uniosła się pierwsza stróżka dymu.
- Przyszłam upiec Krakowskie Precle.  – oznajmiła autorytatywnie, stawiając koszyk na stole, tuż obok parujących, dwóch kubków z kawą.
Siniger wiedział, że przyjdzie. Zawsze wiedział. Ale precle go zaskoczyły.
- A Smok? Nie będzie jadł? – zapytał zdziwiony. Zakrzątnął się szybko zbierając z pościeli gęsto zapisane kartki. Palce poplamione atramentem zostawiały małe, jagodowe stempelki na marginesach pergaminu, kołdrze i kubkach z kawą.
Wieśma lubiła te stempelki. Bardzo.
- Mówi, że nie będzie jadł niczego, co ma nazwę związaną z Krakowem. Mądrości dziedziczne po pradziadku czy coś… - zdjęła z kosza ściereczkę i wyłożyła na stół wszystko co przyniosła. Woreczek z mąką, drożdże  i sodę. Za resztą ruszyła na poszukiwania do kredensu Sinigera.
- Poważna sprawa. Też mam taką mądrość po pradziadku. Zawsze powtarzał: Nigdy nie opowiadaj bajek żonie i poborcom podatkowym.
- Żonę stawiał na pierwszym miejscu? Rozsądny człek. I co, stosujesz tą rodzinną mądrość w swoim życiu? – zakasała rękawy, wysypując mąkę na stolnicę.
- Częściowo. Jeszcze nie mam żony – Siniger spojrzał przeciągle na Margolottę.
Udała, że nie widzi, zajęta przygotowywaniem rozczynu.
- Mądrości przodków są po to, by je modyfikować, dodając własne doświadczenia. – otarła umączony nos wierzchem dłoni. – Zjadłby mojego precla i od razu Kraków stałby się mniej jadowity. Ale nie! Tylko cały czas o tym baranie i siarce…
- Może pamięta jeszcze ciasto czekoladowe, które… - Siniger urwał i skulił się pod przenikliwym spojrzeniem wieśmy.
Która kobieta lubi, jak wspomina się jej porażki kulinarne? Co prawda wykorzystali potem ciasto jako pułapkę na pewnego wilkołaka. Skleiło na amen szczęki nieszczęśnika, wykluczając pożarcie kogokolwiek aż do momentu zdjęcia klątwy likantropi. To był plus. Minus polegał na tym, że Smok spróbował ciasta wcześniej.

Precle za to wyszły przepyszne. Rumiane, delikatne jak puch. I choć wcale nie sklejały szczęk, to Siniger i tak czuł się schwytany w pułapkę.



Przepis na Precle Krakowskie w linku w komentarzach.
Polecam dodać nie 5 a 4 łyżki sody J
Moja wersja (ta na zdjęciu) jest z solą. Robiąc precelki słodkie z pewnością dodam do ciasta jedną a nie dwie łyżeczki soli.

02.06.2015

O miłości majowej

Dzień targowy we wsi zawsze był wielkim wydarzeniem. Zbierane przez tydzień plotki goniły z ust do ust w wyścigu o miano największej sensacji, splatając się z szelestem strojnych spódnic i koronkowych bluzeczek. Gęsi gęgały, kury zamknięte w wiklinowych klatkach wygrażały całemu światu, krowy ryczały, klął chłop kopnięty przez narowistego ogierka. Tu i ówdzie przemykał elf ogłuszony nieco owym targowym pandemonium, ściskając w dłoniach kobiałkę truskawek czy kosz zieleniny. Z kolei przy kramach rzemieślniczych roiło się od krasnoludów. Krytykowali, kręcili nosami, cmokali z niezadowoleniem, pod niebiosa sławiąc kunszt swoich mistrzów, których to arcydzieła ponoć jeno na dworze królewskim spotkać można było. Na tutejsze piwo jednak nie narzekali, równie co kramy oblegając pękającą w szwach karczmę.
Wieśma płynęła przez tłum zręcznie flankowana przez Sinigera dźwigającego dwa kosze wypełnione po brzegi dobrem wszelakim. Smok, odkąd na kwietniowym jarmarku wóz piekarza wjechał mu na ogon, stwierdził, że podobne imprezy ma w nosie i woli zostać w domu nie narażając się na uszczerbek godności osobistej.
Pod potężnym dębem opasującym koroną skraj lasu tłum rzedniał wyraźnie, jakby sama bliskość Prastarej Puszczy kładła palce na rozkrzyczane usta i pochylała w pokorze rozognione głowy przekupek. Chłodny, błękitnawy cień trwał nieporuszony niczym matka z pobłażaniem patrząca na dokazujące dzieci.
W pobliżu drzewa, w soczystej rześkości powietrza zatrzymało się tylko dwoje ludzi. Może odpoczywali od jarmarcznego zgiełku a może po prostu targ zaskoczył ich w drodze do im tylko znanego celu. Młoda kobieta, smukła i urodziwa, o jasnych warkoczach opadających na bladobłękitną suknię, siedziała podkuliwszy pod siebie nogi, ze śmiechem odpowiadając na pełne troski pytania towarzysza. Mężczyzna krzątający się wokół kobiety był zupełnym jej przeciwieństwem. Nalaną twarz szpeciły ospowate krosty, których nie zdołał ukryć rzadki zarost. Pozbawione sprężystości ciało sprawiało wrażenie topornie ociosanego, rosochatego pniaka. Jedynie oczy mężczyzny wpatrzone w towarzyszkę lśniły wewnętrznym blaskiem, nienazwaną tęsknotą i pragnieniem.
-Pozwolicie zacni ludzie, że chwilę odpoczniemy w waszym towarzystwie? -Siniger ze stęknięciem postawił oba kosze i mało przystojnie opadł na trawę, ciekawie zerkając na nieznajomych. -Nie wiem co Margoś nakupiła ale moje plecy mówią, żem cały dzień kamienie dźwigał.
-Miejsca w cieniu dosyć. -mężczyzna uśmiechnął się nieco niepewnie, ale z sympatią. -Nie mieliśmy pojęcia, że to akurat na dzień targowy trafimy. Chcieliśmy w karczmie chwilę odpocząć, gardła przepłukać i w dalszą drogę ruszyć, ale moja towarzyszka źle się w takim rejwachu czuje, orientację traci. To czekamy...
-Ciężko jest polegać wyłącznie na słuchu, gdy z każdej strony inny dźwięk nadlatuje. -kobieta obróciła głowę w stronę Sinigera. Oczy niewidzące, błękitem zawieszone w pustce. -Mój mąż dzielnie mi pomaga, ale nawet przy jego wsparciu nie mam chęci nurkować w ten hałas.
-A ja nie mam chęci do niego wracać. -wieśma jak gdyby nigdy nic rozsiadła się wygodnie, opierając plecy o pobrużdżony pień dębu. -Mogę tu z tobą posiedzieć, podczas gdy oni do karczmy pójdą. -odsunęła lnianą ściereczką okrywającą jeden z koszy i wydobywszy z niego skobek pełen truskawek wcisnęła go w dłonie kobiety. -Jedz, na zdrowie. Słońcem rozgrzane. Nawet elfy z lasu wychynęły, żeby je u wójtowej kupić...
***
W wieśmowej chacie pachniało żywicznym wieczorem i truskawkami ze śmietaną. Margolota krzątała się w kuchni parząc majową pokrzywę a Siniger ze Smokiem siedzieli na przyzbie wyjadając truskawki z jednej miski. Nie było to sprawiedliwe, bo Smok miał większą łyżkę, ale kto by tam Smokowi niesprawiedliwość wytykał? W dodatku Smokowi, któremu ciągle jeszcze rwał przejechany ogon. Strach.
-Powiedziałem, że możesz spróbować jego żonie wzrok przywrócić...-Bajarz odłożył łyżkę i mrużąc oczy zapatrzył się w pomarańczowe słońce powoli tonące za ciemniejącą ścianą lasu. -Nie zgodził się.
-Powiedział czemu? -Smok oparł się o ścianę chaty aż bielone deski zatrzeszczały w jękliwym proteście.
Siniger milczał przez chwilę.
Gdzieś odezwał się drozd. Głośno, czysto w narastającej, wieczornej ciszy utkanej szmerem dochodzącym z kuchni. Las szumiał w płytkim, wiosennym śnie. Bez przytulony do chaty pachniał oszałamiająco.
-Mówi, że za bardzo się boi. Lęka się, że żona ujrzawszy jego szpetotę ucieknie, zostawi go i znać nie będzie chciała. Przez swój strach skazuje ją na ślepotę. A może nie żonę a siebie? Może sam jest bardziej ślepy niż ona?
-A może kocha nie ją, tylko owo wyobrażenie o sobie samym? Obraz ukształtowany w niewidzących oczach, gdzie jak sądzi, jest piękny i smukły niczym młody Bóg? -złote ślepia spojrzały na Bajarza spod przymkniętych, łuskowatych powiek. -Ta prawdziwa miłość... -uśmiechnął się znużony. -Prawdziwa miłość, Siniger, jest silniejsza od strachu.
Lela

Chętnie poznam nazwisko autora obrazu :)

10.02.2015

Przeszłość

Przede wszystkim chciałam przeprosić Was za tak długie milczenie. Ale czasem tylko w ciszy usłyszy się nowe baśnie. Każda z nich jest moją prywatną lekcją i nie mogłam jej Wam przekazać, nim sama jej nie przerobiłam.
Witajcie.
Witajcie ponownie.



Zima przykryła Prastarą Puszczę zaklęciem ciszy. Miękkiej spokojnym snem, w którym nie ma miejsce na nagłe wydarzenia. W którym nawet zajęcze susy zamierają w leniwym łuku zadumania. W takim lesie jest dużo miejsca na własne myśli. Trwa jak olbrzymi, biały dywan, na którym można ułożyć nawet najbardziej skomplikowaną układankę. Zima jest potrzebna, by mógł powstać właśnie taki las.
Oczywiście dzieci uważały inaczej, obrzucając ciszę garściami tęczowego śmiechu, przyklejając rozchichotane języki do zadumanych sopli i zaczepiając zaspane drzewa ściegiem łapek otulonych wełnianymi rękawiczkami. Ale dzieci zawsze mają swoje zdanie na każdy temat. I dobrze.
Margolota wolała zimową ciszę. Może przez świadomość, że gdzieś obok trwa ów rozradowany gwar? Pewnie tak. Bo przecież wybór to zupełnie coś innego niż konieczność.
Szła więc wydeptaną w śniegu ścieżką i była bardzo zadowolona z tego, że zostawia za plecami rozedrgany hałas wioski. Kosz z zakupami ciążył jej rozkosznie, zapowiadając słodki aromat smażonych pączków, jakie miały uświetnić powrót Smoka znad gorących źródeł.
Smok lubił rozkosze gorącej kąpieli ale jeszcze bardziej lubił pączki.
Mężczyzna tupiący z zimna na skraju polany też pewnie lubił pączki. W każdej innej sytuacji ale nie teraz, gdy mróz wdzierał się bolesnymi igiełkami pod skórę wysokich butów i gryzł arystokratyczne palce, wcale nie zwracając uwagi na swe haniebne zachowanie. Mróz też był władcą. I nie znosił, gdy się go lekceważyło.
Koń stojący obok mężczyzny, zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na niecierpliwość swojego właściciela i spokojnie parował w lodowatym powietrzu, wkładając w to minimum wysiłku.
-Jesteś nareszcie! -trudno być wyniosłym i jednocześnie szczękać zębami z zimna, jednak nieznajomemu jakoś się to udało.
-Dziś jest czwartek. -odparła wieśma i najwyraźniej uważając, że ta prawda powinna mężczyźnie wystarczyć za wszelkie wyjaśnienia, skinąwszy na niespodziewanego gościa ruszyła w stronę chatki.
-Wybacz. -gość uśmiechnął się kwaśno i nieco sztywno ruszył za kobietą, ciągnąc za wodze pogrążonego w zadumie wierzchowca. -Nikt mi nie powiedział, że czwartki są u ciebie dniem krioterapii.
-W czwartek we wsi odbywa się targ. -pobłażliwie wyjaśniła Margo. Wdrapała się na posypane popiołem schodki i otworzywszy drzwi ze stęknięciem wtaszczyła kosz do sieni.
-Nie mam za wiele czasu. -pozostawiwszy konia przy kozim paśniku, nieznajomy wszedł za Margo pochylając się, by nie uderzyć głową w niską ościeżnicę. -Mówili mi, że umiesz pokazać przyszłość...
-Przyszłość? -zdejmując kożuch spojrzała na gościa badawczo. -Wydaje mi się, że twoja przyszłość zawiera kubek gorącej herbaty. Albo solidne przeziębienie.
-Prawdziwą przyszłość. -mężczyzna ściągnął rękawice i wierzchem dłoni otarł zwilgotniały nos. Czuł jak szron na brwiach szybko zamienia się w równie irytujące kropelki wody. To nie był dobry dobry dzień na rozmowy z wariatką, a wieśma o której szeptano w pałacowych kuluarach najwidoczniej rozminęła się z rozumem.
-Nie mam zbyt wiele czasu...-powiedział, siląc się na spokój. -Nie chciałbym trwonić go na rzeczy nieistotne...-dodał patrząc, jak gospodyni krząta się przy piecu.
-Nieistotne? Ależ właśnie zmieniamy przyszłość! -Margo uśmiechnęła się, podając mężczyźnie parujący kubek. -Kształtujemy ją, dokonując wyborów. Dokonaj więc wyboru, czy grzecznie wypijesz herbatę, czy też w kolejnej odsłonie przyszłości zakopiesz się pod pierzyną w towarzystwie czerwonego nosa i stosu chusteczek.
-Rozumiem...-mężczyzna nieufnie zajrzał do kubka. -Będziesz wróżyła z fusów, a to wszystko to jedynie próba ubrania prozaicznej sytuacji w zasłonę tajemniczości.
-Miejże litość! -prychnęła kobieta. -Naprawdę potrzebujesz efektów specjalnych? Pij herbatę i nie marudź. Pokażę ci przyszłość.
-Teraz?
-Teraz. -westchnęła ciężko, sięgając po lniany woreczek z runami. Powinna już dawno przyzwyczaić się, że ci, co do niej trafiali, chcieli tylko tego, po co przychodzili. Najlepiej szybko. Problem w tym, że mało kiedy tak naprawdę wiedzieli po co właściwie przyszli.
Kamienie były ciepłe, gładkie od częstego dotykania. Delikatnie mrowiły pod opuszkami palców, gdy przesuwała dłonie po znakach malowanych ochrą.
Szeptały.
-Co? Co mówią? -mężczyzna uniósł się z zydla i pochylając nad stołem zachłannie patrzył na runy. -Co w nich widzisz?
-Przeszłość i teraźniejszość...a tutaj...
-Pytałem tylko o przyszłość! Nie dałem ci prawa zaglądania wstecz! Które kamienie o tym mówią?
-O przeszłości? Te. -Margolota uśmiechnęła się smutno, wskazując parę run. -A te o teraźniejszości. -dodała.
-To nie jest istotne! -warknął mężczyzna, jednym ruchem ręki zmiatając kamienie w bezkształtny stosik.
W izbie pociemniało. Lepki mrok rozlał się nagle między bielonymi ścianami, szponiastą czernią dusząc blask zimowego słońca wpadającego przez niewielkie okienko. Runy zalśniły ostrym, raniącym oczy blaskiem i zgasły pozostawiając po sobie nieprzyjemne echo utrwalone na dnie źrenicy.
Stuknęło przewracane krzesło, głośne, spięte strachem przekleństwo utonęło w otwartych do krzyku ustach, gdy mrok cofnął się równie nagle jak się pojawił, oblizując na pożegnanie wysoki próg chaty.
-Ty...-mężczyzna obnażył zęby, wpatrując się w Margo z nienawiścią. -Jarmarczne, kuglarskie sztuczki! -błędnym wzrokiem obrzucił gładkie kamienie, na których nie było ani śladu runicznych symboli. -Gdzie moja przyszłość czarownico?! -warknął.
-Sam przerwałeś zaglądanie w to co będzie. -wieśma nie wyglądała na przejętą ani mrocznym spektaklem ani złością mężczyzny. Spokojnie wsypała kamienie do woreczka i powoli, dokładnie zawiązała troczki. Runom należał się odpoczynek. Długi odpoczynek.
-Kłamiesz. -kropelki śliny osiadły na wargach nieznajomego. -Zostawiłem te, które mówiły o przyszłości! Przeszłość nie istnieje. Teraźniejszość też nie jest istotna. Po co na nie patrzeć? Zapomniałem o nich i tak niechaj zostanie!
-Niszcząc to co było, niszczysz to, co ma się dopiero narodzić. Nie możesz rwać czasu na podobieństwo starego koca.
-Nie było tam nic istotnego. Nic, co chciałbym zachować w pamięci. Nic, na czym chciałbym budować przyszłość.
-Ale przeszłość istnieje. Bez względu na to, czy nam się to podoba czy nie. To od nas zależy co zrobimy z przebrzmiałym czasem. Czy odwrócimy się do niego plecami i ruszymy do przodu popełniając te same błędy i zataczając koło....czy też wyciągniemy wnioski i na bolesnych fundamentach zbudujemy swoje szczęście. -ciepłe, kobiece palce dotknęły zwiniętej w pięść dłoni. -Nie chodzi o to, by zapomnieć a o to, by zrozumieć...
 

Autorką obrazu jest Josephine Wall

23.11.2014

Rzeka

Ogień w kominku tlił się zaledwie, miękko splatając blask z rozchybotanym płomieniem świecy stojącej na kuchennym stole. Szelest zasypiającego żaru wzdychał raz po raz pieszczony podmuchami wiatru grającego w kominie. Wtórował mu szept pożółkłych stronic przewracanych smoczą łapą.
Księga była stara. Nie tak stara jak sam Smok, ale karmin jej okładki dawno poddał się upływowi czasu i teraz, w dystyngowanie spłowiałej materii trudno było dopatrzeć się meandrów złoceń tytułu.
Zachwycone dziecięce oczy wpatrzone w Smoka, buzie osłodzone kruszonką, otwarte po to, by lepiej słyszeć przedziwne opowieści. Resztki szarlotki upieczonej przez Wieśmę znikające ukradkiem w ustach Sinigera. Zapach żywicy, wosku...i tego szczególnego wieczornego ciepła pulsującego pod kołdrą jesiennych liści. Misterium ożywionej baśni.
Smok czytał...
Dawno, dawno temu, za siódmą górą, w siódmej wsi za siódmym lasem żyła sobie pewna dziewczyna. Nikt nie wiedział jak miała na imię i tak naprawdę chyba nikt się tym nie interesował. Dziewczyna mieszkała w małym domku ukrytym w ogrodzie, którego piękno zachwycało każdego, kto tylko przechodził obok wesołego, zielonego płotku otaczającego obejście. Ileż w nim było kwiatów, ileż kolorów!
Codziennie rano dziewczyna brała ceberek i podążała drogą przez wieś, by nabrać w rzece wody do podlania swych ukochanych kwiatów. Tak i tego dnia, ledwie zaplotła jasne warkocze już biegła piaszczystym traktem ku dalekiej wstążce modrej rzeki, już wracała, dźwigając pełny ceberek.
-Poratuj mnie kochanieńka! -dobiegł ją głos zza płotu chylącego się ku ziemi. -W piecu już rozpaliłam, imbryk chciałam na płycie stawiać a tu wody nie ma, herbaty nie mam jak zaparzyć. -czarnowłosa kobieta zapraszająco uchyliła furtki. -Czasu nie mam do rzeki pobiec, na targ się spieszę a ty pełen ceberek niesiesz, nie ubędzie ci przecież wiele.
Popatrzyła dziewczyna na lusterko wody modro w wiadrze połyskujące, spojrzała na kobietę i uśmiechnęła się ciepło. -Oczywiście, proszę. Napełnij swój imbryk.
Po chwili szła już dalej wiejską drogą, coraz bliżej swego ogrodu, coraz bliżej kwiatów czekających na podlanie.
-Zatrzymaj się ślicznotko! -gospodarz poprawił słomiany kapelusz zsuwający się na krzaczaste brwi. -Widzę, że od rzeki biegniesz a ja jeszcze czasu nie miałem psa napoić. Spragnione zwierzę jeno ozór z upału wywiesiło a mi nijak teraz z domu wychodzić bo na gości czekam. -spojrzał wymownie na ceberek a pies czując zapach wody ślinę z pyska toczyć zaczął do nóg dziewczyny się łasząc.
Uśmiechnęła się jasnowłosa. Psią miskę po brzegi wodą napełniła i podrapawszy chłepczącego zwierzaka po kudłatych uszach, ruszyła ku swemu obejściu. Tylko ceberek coraz lżejszy...
-A niech demony porwą ten upał! -klęła pod nosem sąsiadka, ze złością patrząc na krzak róży z mozołem wspinający się po kratce z deszczułek. -Tyle lat starań, tyle wyrzeczeń. -burczała, mnąc w palcach zwiędnięte listki. -Sama zobacz! -spod gniewnie ściągniętych brwi spojrzała na nadchodzącą dziewczynę. -Jeszcze trochę a całkiem bez wody zmarnieje! Niewdzięczny badyl!
Popatrzyła dziewczyna na umierającą róże, popatrzyła na resztkę wody w ceberku. Podlała usychający krzak.
Gdy dotarła do swojego ogrodu nie przywitał jej wonny kobierzec kwiatów. Nic nie zostało z pysznych barw i radujących serce zapachów. Pozbawione wody rośliny bezsilnie legły na pobrużdżonej upałem ziemi a w ceberku nie została ani kropla ożywczej wody.
-Więc nie należy pomagać innym? -Wieśma zatrzymała znieruchomiały wzrok na Smoku pochylonym nad księgą Smoczobajek.
Ciepłe dłonie Sinigera zamknęły się na ramionach kobiety, zostawiając na wełnianej chuście okruszki szarlotki. -Oni wszyscy wiedzieli, gdzie płynie rzeka. -powiedział cicho.

Lela


Autorem obrazu jest Matteo Arfanotti.
 

30.06.2014

Smoczna Kuchnia - Brzoskwiniowa Konsternacja

Smoka zwiniętego w uroczy (choć całkiem spory) kłębek na rozgrzanej słońcem trawie obudziła rozkoszna woń ciasta. Ziewnął szeroko przyprawiając o palpitację serca wróbla przelatującego obok zębatej paszczy i mlasnąwszy rozwidlonym językiem otworzył jedno złote ślepie.
-Co pieczesz? -zapytał wieśmy, która właśnie pojawiła się na przyzbie objuczona dwiema puszkami brzoskwiń zakupionymi od przewoźnego kramarza. Całkiem zwykłego. Bez magicznego straganu i iskrzącego „puf!” na zakończenie każdej transakcji. Skąd więc tak nietuzinkowy towar na skraju Prastarej Puszczy, gdzie łatwiej było o czarodziejską różdżkę czy mówiący kamień niż o bieżącą wodę w toalecie i miękki papier? Wyjaśnienie jest bardzo proste. Prawa rynku. Wojen było coraz mniej, popyt na rynsztunek spadał lawinowo, więc paru krasnoludzkich płatnerzy posiadających bardziej zapobiegliwe żony, weszło w spółkę z zamorskimi kupcami i teraz zajmowało się wytwarzaniem puszek w które zamykano egzotyczne owoce.
-Na razie biszkopt*. -odparła Margo, wciskając w smoczą łapę jedną z puszek. -Otwórz, proszę.
-Traktujesz mnie instrumentalnie. -burknął Smok wbijając pazur w metalowe wieko. Chciał się obrazić i spać dalej, ale zapach dochodzący z kuchni był tak smakowity że oblizując łapy słodkie od syropu poczłapał za wieśmą do chaty.
-A co będzie na biszkopcie? -wsadził nos do miski gdzie jedna za drugą spływały pokrojone łódeczki brzoskwiń.
-Torcik. -Margo szybkim ruchem odkręciła słoik z tornadem** i wsypała do niego pokrojone i odsączone z syropu owoce, zamieniając je na mus w wesolutkim, pomarańczowym kolorze.
-Lubię torcik. -Smok zerknął do otwartej Smocznej Kuchni. Uśmiech powoli spełzł z zielonej paszczy. -Jak to kasza manna?! -podejrzliwie łypnął na wieśmę. -Jestem dorosłym smokiem! -prychnął.
-Oczy nie widzą, serce nie boli. -zachichotała Margolota zatrzaskując księgę.
-Obiecuję, że będziesz zachwycony. -postawiła na piecu garnuszek z litrem zmiksowanych owoców. Gdy nagrzały się solidnie odstawiła naczynie z ognia i wsypawszy dwie galaretki brzoskwiniowe mieszała energicznie nim się całkowicie nie rozpuściły.
-Kasza manna...
Ignorując pełne wyrzutu mamrotanie, wieśma skroiła z biszkoptu wierzch i zamknąwszy ciasto w obręczy tortownicy nasączyła brzoskwiniowym syropem i wylała na nie mus zmieszany z galaretkami. Zaniosła biszkopt do lodówki i szczęśliwa, że Smok zajął się ukradkowym podgryzaniem okrawków ciasta, zabrała się za przygotowywanie kolejnej warstwy tortu.
Ugotowała kaszę manną (na 4 szklanki po 200ml) mleka szklanka kaszy), utarła kostkę miękkiego masła ze szklanką cukru pudru dodając opakowanie cukru z prawdziwą wanilią. Udając że nie widzi udręczonego spojrzenia złotych ślepi, dodawała do makotry po łyżce zimnej kaszy ucierając ją z masłem tak długo aż zamieniła się na puszysty krem.
-Powinieneś pozbyć się uprzedzeń. -zagadnęła, rozprowadzając krem na zastygniętym, brzoskwiniowym musie. -Pamiętasz, jak uczyłeś mnie jeść koperek? -dodała, gdy już ponownie zaniosła tort do lodówki.
-Kasza manna nie jest zielona. I karmi się nią niemowlęta! -odburknęło z kuchennego kąta.
-Każdy facet ma coś z dziecka. -Margo postanowiła nie rozwijać tematu zielonej kaszy. -Gdybyś nie wiedział z czego zrobiłam krem, nawet byś nie poznał.
-Akurat. -Smok pozbierał ostatnie okruchy biszkoptowej góry i teraz patrzył jak wieśma rozpuszcza kolejne dwie galaretki w trzech szklankach gorącej wody. -Myślisz, że jak ją zamaskujesz to dam się nabrać? -zapytał, gdy wylewała tężejącą galaretkę na zastygnięty krem.
-Myślę, że się nie powstrzymasz, żeby nie spróbować. -odparła, niosąc ciasto do spiżarni.
I miała rację. Na drugi dzień Smok zmęczony udręką oczekiwania dopiero po trzecim kawałku tortu przypomniał sobie o kaszy....ale że bardzo nieelegancko jest mówić z pełną paszczą, więc przemilczał a Margo taktownie nic mu nie wypomniała...

*Zamiast domowego biszkoptu można użyć gotowego blatu tortowego lub ciastek biszkoptowych.
** Jeśli chcecie dowiedzieć się skąd bierze się tornado w słoiku, zapraszam do lektury baśni „Smoczna kuchnia - czyli "Warczący serek".