29 sie 2016

Latarnik



Sklep w sukiennicach otaczających główny rynek tak lśnił i migotał, że Margolota przekraczając próg musiała zmrużyć oczy. Zajączki światła skakały między szkiełkami okularów, lornetek, lunet, teleskopów i wszystkich instrumentów, jakie wymyślono do tej pory, by wspomóc siłę oglądania, podglądania i zaglądania.
Wśród migotania i lśnienia, za ladą na której pyszniło się kryształowe zwierciadło, siedział spiczastouchy gnom. Z okularami zsuniętymi na czubek nosa pakował do inkrustowanego futerału lunetę, zakupioną właśnie przez młodą niewiastę niecierpliwie czekającą na sfinalizowanie transakcji.
- Och! Margo! – ku uldze gnoma drobna rączka bębniąca w blat zatrzymała się na moment, gdy jej właścicielka dostrzegła wieśmę wchodzącą do sklepu. – Co tu robisz? Jak to dobrze, że cię widzę! Koniecznie muszę ci coś pokazać! Nie uwierzysz! – wykrzykniki obsiadły wieśmę na podobieństwo stada wróbli, skubiąc umysł niecierpliwym domaganiem się uwagi.
Margolocie to nie przeszkadzało. Lubiła wróble znajomej szlachcianki.
- Przyniosłam do naprawy okulary Smoka. Usiadł na nich. – położyła na ladzie mały, wymownie płaski pakuneczek. – Mam trochę czasu, zanim mistrz gnom ich nie poskłada. Wprawdzie miałam jeszcze…
- O nienie! Nic z tego! – szlachcianka wsadziła pod pachę futerał z lunetą, drugą ręką zagarniając Margolotę. – Idziesz ze mną.
I Margolota poszła, w sumie bez większego oporu porzucając grafik swojego pobytu w stolicy. Była ciekawa. Jak każda wieśma.
Wysoki  mur okalający miasto od strony morza opadał stromo w dół, przechodząc w szarą skałę u podnóża której kotłowała się spieniona kipiel. Pachnący jodem wiatr wplątywał się w jasne loki szlachcianki i targał suknie kobiet wspartych o zęby krenelażu.
- Bardziej w prawo!
Margolota posłuszna nawigacji przyjaciółki, przesunęła odrobinę okular lunety, łapiąc w szkło rozmyty obraz latarni morskiej. Wyregulowała ostrość, śledząc sylwetkę mężczyzny zdążającego ku niewielkiej chatce przytulonej do latarni. – Aha. Widzę go. – mruknęła. – Chyba idzie do wygódki. – zaraportowała. 
- Przystojny, prawda? – rozentuzjazmowana szlachcianka podskakiwała wokół wieśmy jak pchła.
- Chyba tak. Trochę daleko…
- Bardzo przystojny! Dowiedziałam się w admiralicji, że ma na imię Edward a oni zawsze są przystojni! Wyobrażasz sobie!? Edward!  Na pewno jest bardzo oczytany. Słyszałam, że latarnicy dużo czytają. No i silny. I lubi ptaki. I zwierzęta. Ktoś taki musi lubić przyrodę. I szum morza. Pewnie ma owłosioną klatę i wspaniałe mięśnie. I niebieskie oczy. Koniecznie niebieskie! Inne by mu nie pasowały. Och…- westchnęła rozmarzona. – Jest taki cudowny… - westchnęła raz jeszcze. – Prawda?
- No…skoro tak mówisz. – wieśma raz jeszcze zerknęła przez lunetę, ale klata z domniemanym owłosieniem zniknęła za drzwiami wygódki. – To kiedy się z nim spotkasz?
- Ale po co?! – wielkie oczy szlachcianki wyrażały bezgraniczne zdumienie.
- No… - teraz z kolei zdziwiła się Margolota. - Żeby go poznać.
- Na głowę upadłaś?! Przecież mógłby okazać się zupełnie inny, niż w moich marzeniach!

Lela



ps. Zdjęcia znalezione kiedyś na FB, niestety, nie pamiętam autora a wyszukiwarka milczy.

4 komentarze:

  1. Cieszę się, że wróciły Twoje opowiesci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się cieszę, ze jeszcze w ogóle ktoś tu zagląda ;)

      Usuń
  2. Ileż to razy bozenas "kochała"wyobrażenie o kimś:))pobudki były bolesne:))))haha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako, że bajki z życia wzięte to i Lela tak samo...tak samo ;))

      Usuń

Pozostaw uśmiech lub słowo krytyki. :)