10 lut 2015

Przeszłość

Przede wszystkim chciałam przeprosić Was za tak długie milczenie. Ale czasem tylko w ciszy usłyszy się nowe baśnie. Każda z nich jest moją prywatną lekcją i nie mogłam jej Wam przekazać, nim sama jej nie przerobiłam.
Witajcie.
Witajcie ponownie.



Zima przykryła Prastarą Puszczę zaklęciem ciszy. Miękkiej spokojnym snem, w którym nie ma miejsce na nagłe wydarzenia. W którym nawet zajęcze susy zamierają w leniwym łuku zadumania. W takim lesie jest dużo miejsca na własne myśli. Trwa jak olbrzymi, biały dywan, na którym można ułożyć nawet najbardziej skomplikowaną układankę. Zima jest potrzebna, by mógł powstać właśnie taki las.
Oczywiście dzieci uważały inaczej, obrzucając ciszę garściami tęczowego śmiechu, przyklejając rozchichotane języki do zadumanych sopli i zaczepiając zaspane drzewa ściegiem łapek otulonych wełnianymi rękawiczkami. Ale dzieci zawsze mają swoje zdanie na każdy temat. I dobrze.
Margolota wolała zimową ciszę. Może przez świadomość, że gdzieś obok trwa ów rozradowany gwar? Pewnie tak. Bo przecież wybór to zupełnie coś innego niż konieczność.
Szła więc wydeptaną w śniegu ścieżką i była bardzo zadowolona z tego, że zostawia za plecami rozedrgany hałas wioski. Kosz z zakupami ciążył jej rozkosznie, zapowiadając słodki aromat smażonych pączków, jakie miały uświetnić powrót Smoka znad gorących źródeł.
Smok lubił rozkosze gorącej kąpieli ale jeszcze bardziej lubił pączki.
Mężczyzna tupiący z zimna na skraju polany też pewnie lubił pączki. W każdej innej sytuacji ale nie teraz, gdy mróz wdzierał się bolesnymi igiełkami pod skórę wysokich butów i gryzł arystokratyczne palce, wcale nie zwracając uwagi na swe haniebne zachowanie. Mróz też był władcą. I nie znosił, gdy się go lekceważyło.
Koń stojący obok mężczyzny, zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na niecierpliwość swojego właściciela i spokojnie parował w lodowatym powietrzu, wkładając w to minimum wysiłku.
-Jesteś nareszcie! -trudno być wyniosłym i jednocześnie szczękać zębami z zimna, jednak nieznajomemu jakoś się to udało.
-Dziś jest czwartek. -odparła wieśma i najwyraźniej uważając, że ta prawda powinna mężczyźnie wystarczyć za wszelkie wyjaśnienia, skinąwszy na niespodziewanego gościa ruszyła w stronę chatki.
-Wybacz. -gość uśmiechnął się kwaśno i nieco sztywno ruszył za kobietą, ciągnąc za wodze pogrążonego w zadumie wierzchowca. -Nikt mi nie powiedział, że czwartki są u ciebie dniem krioterapii.
-W czwartek we wsi odbywa się targ. -pobłażliwie wyjaśniła Margo. Wdrapała się na posypane popiołem schodki i otworzywszy drzwi ze stęknięciem wtaszczyła kosz do sieni.
-Nie mam za wiele czasu. -pozostawiwszy konia przy kozim paśniku, nieznajomy wszedł za Margo pochylając się, by nie uderzyć głową w niską ościeżnicę. -Mówili mi, że umiesz pokazać przyszłość...
-Przyszłość? -zdejmując kożuch spojrzała na gościa badawczo. -Wydaje mi się, że twoja przyszłość zawiera kubek gorącej herbaty. Albo solidne przeziębienie.
-Prawdziwą przyszłość. -mężczyzna ściągnął rękawice i wierzchem dłoni otarł zwilgotniały nos. Czuł jak szron na brwiach szybko zamienia się w równie irytujące kropelki wody. To nie był dobry dobry dzień na rozmowy z wariatką, a wieśma o której szeptano w pałacowych kuluarach najwidoczniej rozminęła się z rozumem.
-Nie mam zbyt wiele czasu...-powiedział, siląc się na spokój. -Nie chciałbym trwonić go na rzeczy nieistotne...-dodał patrząc, jak gospodyni krząta się przy piecu.
-Nieistotne? Ależ właśnie zmieniamy przyszłość! -Margo uśmiechnęła się, podając mężczyźnie parujący kubek. -Kształtujemy ją, dokonując wyborów. Dokonaj więc wyboru, czy grzecznie wypijesz herbatę, czy też w kolejnej odsłonie przyszłości zakopiesz się pod pierzyną w towarzystwie czerwonego nosa i stosu chusteczek.
-Rozumiem...-mężczyzna nieufnie zajrzał do kubka. -Będziesz wróżyła z fusów, a to wszystko to jedynie próba ubrania prozaicznej sytuacji w zasłonę tajemniczości.
-Miejże litość! -prychnęła kobieta. -Naprawdę potrzebujesz efektów specjalnych? Pij herbatę i nie marudź. Pokażę ci przyszłość.
-Teraz?
-Teraz. -westchnęła ciężko, sięgając po lniany woreczek z runami. Powinna już dawno przyzwyczaić się, że ci, co do niej trafiali, chcieli tylko tego, po co przychodzili. Najlepiej szybko. Problem w tym, że mało kiedy tak naprawdę wiedzieli po co właściwie przyszli.
Kamienie były ciepłe, gładkie od częstego dotykania. Delikatnie mrowiły pod opuszkami palców, gdy przesuwała dłonie po znakach malowanych ochrą.
Szeptały.
-Co? Co mówią? -mężczyzna uniósł się z zydla i pochylając nad stołem zachłannie patrzył na runy. -Co w nich widzisz?
-Przeszłość i teraźniejszość...a tutaj...
-Pytałem tylko o przyszłość! Nie dałem ci prawa zaglądania wstecz! Które kamienie o tym mówią?
-O przeszłości? Te. -Margolota uśmiechnęła się smutno, wskazując parę run. -A te o teraźniejszości. -dodała.
-To nie jest istotne! -warknął mężczyzna, jednym ruchem ręki zmiatając kamienie w bezkształtny stosik.
W izbie pociemniało. Lepki mrok rozlał się nagle między bielonymi ścianami, szponiastą czernią dusząc blask zimowego słońca wpadającego przez niewielkie okienko. Runy zalśniły ostrym, raniącym oczy blaskiem i zgasły pozostawiając po sobie nieprzyjemne echo utrwalone na dnie źrenicy.
Stuknęło przewracane krzesło, głośne, spięte strachem przekleństwo utonęło w otwartych do krzyku ustach, gdy mrok cofnął się równie nagle jak się pojawił, oblizując na pożegnanie wysoki próg chaty.
-Ty...-mężczyzna obnażył zęby, wpatrując się w Margo z nienawiścią. -Jarmarczne, kuglarskie sztuczki! -błędnym wzrokiem obrzucił gładkie kamienie, na których nie było ani śladu runicznych symboli. -Gdzie moja przyszłość czarownico?! -warknął.
-Sam przerwałeś zaglądanie w to co będzie. -wieśma nie wyglądała na przejętą ani mrocznym spektaklem ani złością mężczyzny. Spokojnie wsypała kamienie do woreczka i powoli, dokładnie zawiązała troczki. Runom należał się odpoczynek. Długi odpoczynek.
-Kłamiesz. -kropelki śliny osiadły na wargach nieznajomego. -Zostawiłem te, które mówiły o przyszłości! Przeszłość nie istnieje. Teraźniejszość też nie jest istotna. Po co na nie patrzeć? Zapomniałem o nich i tak niechaj zostanie!
-Niszcząc to co było, niszczysz to, co ma się dopiero narodzić. Nie możesz rwać czasu na podobieństwo starego koca.
-Nie było tam nic istotnego. Nic, co chciałbym zachować w pamięci. Nic, na czym chciałbym budować przyszłość.
-Ale przeszłość istnieje. Bez względu na to, czy nam się to podoba czy nie. To od nas zależy co zrobimy z przebrzmiałym czasem. Czy odwrócimy się do niego plecami i ruszymy do przodu popełniając te same błędy i zataczając koło....czy też wyciągniemy wnioski i na bolesnych fundamentach zbudujemy swoje szczęście. -ciepłe, kobiece palce dotknęły zwiniętej w pięść dłoni. -Nie chodzi o to, by zapomnieć a o to, by zrozumieć...
 

Autorką obrazu jest Josephine Wall

6 komentarzy:


  1. Witaj Agnieszko. :-D
    Dziękuję, Kochana.... za kolejną cząstkę BAŚNI.
    Dziękuję. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja dziękuję :) Że jeszcze pamiętasz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafna opowieść, ale czasem trudno zrozumieć i zaakceptować własne przemiany - teraz...wyłączam komputer i idę w przyszłość ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samą przemianę moze łatwiej, niż ten czas dojrzewania do niej. Czas niezrozumienia siebie, swoich emocji. Czas wojny i buntu.

      Usuń
  4. '-Nie chodzi o to, by zapomnieć a o to, by zrozumieć..." Piękna puenta i recepta na udaną przyszłość :) gorąco pozdrawiam icieszę się że moge dalej zatapiać się w twoim pięknym mądrym świecie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kolejna baśń powstaje :) Zatrzymałam się w połowie...ale myślę, ze już wkrótce się tu pojawi. Dziękuję, ze mnie odwiedzasz :)

      Usuń

Pozostaw uśmiech lub słowo krytyki. :)