29 kwi 2014

Zaklęcie miłosne

Nieczęsto się zdarzało, by drogą do wieśmowej chatki podążał tak wykwintny powóz. Gałęzie drzew specjalnie wyciągały zielonolistne palce, by choć na chwilę otrzeć się o nimb luksusu złoconych boków kolasy. Drapały lśniące rzeźby zdobiące dach, ciekawie zaglądały do środka, zza karminową, atłasową zasłonkę, gdzie szlachcianka z miną cierpiętnicy bardzo usiłowała utrzymać dystyngowany pion. Nie pomagały stosy jedwabnych poduszek ani kunszt woźnicy. Wraz z opuszczeniem głównego traktu powozem kolebało na boki tak silnie, że kobieta raz po raz musiała strzepywać puder osypujący się z ufryzowanej peruki na wytworną suknię. Klęła też upartą wieśmę na czym świat stoi, bo przecież gdyby ta zgodziła się odwiedzić szlachciankę w jej majątku, arystokratka nie musiałaby narażać się na niewygody podróży. Jednak wieśma była nieugięta i stanowczo acz grzecznie odpisała wielmożnej pani że owszem, może z nią porozmawiać i że owszem, może spróbować poradzić...ale pod warunkiem, że wielmożna pani pofatyguje tyłek do margosiowej chaty.
Tak się też stało. Szlachcianka rad niewola zapakowała się do wyściełanego poduszkami powozu i teraz właśnie bardzo, ale to bardzo czuła owe fatygowanie własnej sempiterny.
-To chyba tutaj...
Powozem szarpnęło raz jeszcze, gdy stangret zebrał lejce zatrzymując zaprzęg na skraju polany. Owo „chyba” nosiło w sobie tak duży ładunek niesmaku, że szlachcianka na moment przestała jęczeć i pomstować, za to odsłoniwszy okienko, ciekawie wyjrzała z powozu.
Obwiedzione zieloną kreską oczy spoczęły na chatce tonącej w brzozowej zieleni, nieufnie ześliznęły się po rozbrzęczanej pszczeliście, kwitnącej dzikiej jabłoni, by zatrzymać się na wychodku, przy którym właśnie rozgrywała się wiejska scenka rodzajowa.
-Głupie bydlę. -warczała drobna, warkoczysta niewiasta, próbując uratować z kozich zębów resztkę rolki papieru toaletowego. Koza ani myślała rozstawać się z egzotyczną, sprowadzoną z dalekiego Kitaju zdobyczą. Zapierała się kopytami i zezowała jakby to kujnąć rogiem równie zajadłego przeciwnika.
-Ekhem...-chrząknięcie stangreta wdarło się dysonansem w słodki obrazek. -Przepraszam, czy pani, panna, panienka...eee...wieśma? -pytanie chwilę przeskakiwało po udręczonej korze mózgowej służącego.
-Tak, a o co chodzi? -kobieta uniosła głowę prostując się na chwilę, co natychmiast wykorzystała koza wyrywając z drobnych dłoni szczątki papieru i umykając w puszczański cień. -Wracaj! Wracaj ty...ty...! -wieśma zachłysnęła się soczystością niewypowiedzianego epitetu i odetchnęła głęboko. Znowu nadchodził czas ilustrowanych tygodników dostarczanych przez Sektę Smutnego Grafomana.
-Moja pani była umówiona. -stangret z galanterią otworzył drzwiczki powozu, podając dłoń damie spowitej w błękitną chmurę sukni.
-Ach, więc zapraszam. -wieśma szerokim gestem wskazała drzwi domu, jednocześnie zastępując drogę woźnicy, postępującemu za szlachcianką. -Nie, mój dobry człowieku. -Margo potrafiła powiedzieć to w ten sposób, że adresat słów w panice zaczynał przeczesywać własne sumienie by się upewnić, czy aby na pewno jest dobry i czy dokładnie umył zęby po posiłku. -Nie, mój dobry człowieku. Twojej pani nic złego się nie stanie a ty pospaceruj sobie po lesie, tylko nie oddalaj się zbytnio, bo ścieżki potrafią płatać figle. A więc chciała się pani zemną widzieć. -wieśma wróciła spojrzeniem do przekraczającej próg arystokratki.
-Istotnie. -szlachcianka przytrzymała perukę zahaczającą o niską ościeżnicę i nieco niepewnie przysiadła na podsuniętym krześle. -Mam wielki problem i chciałam zapytać run, czemu w moim małżeństwie przestało się układać. -urękawicznioną dłoń sięgnęła po koronkową chusteczkę, dyskretnie osuszając wilgotne oczy.
-Przestało? -Margo zaparzyła dwa kubki herbaty, ukroiła parę plastrów drożdżówki i dopiero wtedy usiadła przy stole. -Czyli wcześniej wszystko było jak należy? -skubnęła kruszonkę, obserwując gościa spod przymkniętych powiek.
-Niby tak. -dama starał się ukryć zdenerwowanie. -No oświadczył mi się, powiedział, że kocha. Ożenił się ze mną. Przez pierwsze miesiące właściwie cały czas spędzaliśmy razem a potem...Potem. -przygryzła ząbkami karminowe usta. -Ja pani powiem, bo pani śmiać się nie będzie. Mam wrażenie, że w moim mężu dwie osoby mieszkają. Jakby go kto opętał. Czasem taki kochany jest, namiętny a czasem burczy tylko, z domu na całe dnie ucieka, by potem pełen skruchy wracać i znów być idealnym małżonkiem.
-Może ciężko mu kawalerskie życie porzucić? -wieśma wyjęła ze skrzyneczki lniany woreczek z runami, pieszczotliwie pogładziła palcami zgrzebny materiał.
-Nie, ja mu nie bronię na polowania jeździć, z przyjaciółmi dawnymi się spotykać. Nie zamykam go w domu, nie więżę. Chcę tylko, by mu z oczysk wilkiem nie patrzyło, by pod tymi słowami o miłości nie kryła się gorycz. Kobietą jestem. Czuję, że coś niedobrego się dzieje. -nic nie zostało z dumnej arystokratki, dziewczyna siedząca na krześle w margosiowej kuchni, przypominała kłębek nieszczęścia i daleko jej było do wielkopańskich grymasów.
-No to zobaczymy...-runy rozbiegły się po stole, zawirowały, roztańczyły niespokojnie. Margo spojrzała na kamienie, potem na szlachciankę. Coś było nie tak, jak być powinno. Rzeczywistość plątała się w niejasną historię. Umykała prawdzie niczym spłoszony królik. -On nie powinien w ogóle zaistnieć w twoim życiu. -wieśma ściągnęła brwi. -Wasze ścieżki są tak odległe od siebie, że zastanawiałabym się, czy jest możliwe jakiekolwiek porozumienie a co dopiero uczucie tak silne jak miłość. Mówisz, że nie trzymasz go w klatce? -spojrzenie zielonych oczu wpiło się w pobladłą szlachciankę. -Runy mówią co innego. Jeśli naprawdę chcesz mojej pomocy, powiedz mi, co skłoniło tego młodzieńca do oświadczyn.
-Podobał mi się okrutnie. -wyszeptała, mnąc w dłoniach mokrą chusteczkę. -Choć robiłam wszystko, by zwrócić jego uwagę, zupełnie obojętny pozostawał a ja szlochałam nocami w poduszkę, bo miłość chwyciła mnie w swoje sidła i ani myślała wypuścić. W końcu, z całej tej desperacji do wróżki pojechałam. Do Stolicy. Powiedziała mi, jak czar na ukochanego rzucić, by wzajemność obudzić w jego sercu. Zrobiłam wszystko co kazała. Podczas pełni księżyca dwie gałązki mirtu związałam swoim włosem i jego, który potajemnie udało mi się zdobyć. Wszystko zawinęłam w kawałek płótna posażnego i u progu domu zakopałam. I czar skuteczny się okazał. Nie minęły trzy dni a mój ukochany miłość wieczną mi poprzysiągł i zaręczynowy pierścionek na palce włożył. Tylko potem...
-Tylko potem zdarzało się coraz częściej, że nieobecnym wzrokiem po domu wodził, jakby zastanawiając się, co u diaska robi w tym miejscu. I uciekał i słowem przykrym rzucił. Tak?
Szlachcianka smętnie pokiwała głową.
-Boś związała go czarem ze sobą ale tylko na powierzchni samej. Oszukałaś jego świadomość, omotałaś zmysły ale gdzieś tam, głęboko, tam gdzie miłość rodzić się powinna pustka jest. I on to czuje. Wie, że coś jest nie tak, ale nie potrafi tego myślą ogarnąć. I miota się sam ze sobą do ładu dojść nie mogąc. Bo kocha i jednocześnie nienawidzi tej miłości.
-Więc co mam zrobić? Jak silniejszy czar rzucić?
-Nie ma silniejszego czaru. -warknęła wieśma, zbierając runy do woreczka. -Nie dość ci tego co narobiłaś? Nie można wgryźć się bezkarnie w czyjeś życie. Niewolnika masz, nie męża umiłowanego. Spal zawiniątko z mirtem. Zwróć wolną wolę temu nieszczęśnikowi.
-Ale on wtedy odejdzie...
-Najprawdopodobniej.
-Nie takiej rady oczekiwałam. -szlachcianka zbladła jeszcze bardziej, wstała, nieomal krzesła nie wywracając.
-Miałam ci pomóc a nie spełniać twoje oczekiwania. Innej rady nie dostaniesz. Spal mirt, rozpleć zaklęcie a uwolnisz i siebie i jego.
-Pomyślę. Ile mam ci zapłacić? -dama nie patrząc na wieśmę sięgnęła do sakiewki.
-Nic. Koza właśnie kończy zjadać poduszki z twojego powozu. -Margo zerknęła przez okienko. -Potraktuję to jako zapłatę w naturze. - I pamiętaj. -dodała. -W tym małżeństwie szczęścia nie doświadczysz. Jednak gdy znajdziesz w sobie dość siły, by pozwolić odejść temu, dla którego nie ma przy tobie miejsca, może spotkasz na swej drodze prawdziwe uczucie. Takie, co same magię w sobie nosi i tej wiedźmowej nie potrzebuje. 


Obraz pochodzi z galerii: http://escume.deviantart.com/

11 komentarzy:

  1. A kiedy to wszystko zbierzesz w jakąś książkę Aga?Nie wiem czy juz nie pytałam o to.Chciałam Ci powiedzieć jeszcze,że fantastycznie wynajdujesz ilustracje w necie do swoich opowiadań.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz...one są zebrane, tylko wydawcy nie ma na razie. Pewnie jak nadejdzie właściwy czas to znajdzie się i wydawca :)

      Usuń
    2. Co,by się znalazł zanim ja się zestarzeję do tego stopnia,że i okulary nie pomogą :)
      Trzymam kciuki i cóż...chwilowo pozostaje mi częściej zaglądać do Ciebie,bo zaległości mam w czytaniu :D

      Usuń
  2. szlachcianka z miną cierpiętnicy bardzo usiłowała utrzymać dystyngowany pion- tak jakbym na oczy widziala....

    OdpowiedzUsuń
  3. Od dziś będę siadywać na sempiternie :-D

    OdpowiedzUsuń
  4. O miłosnych zaklęciach nic nie powiem. Bo cóż tu mówić, gdy mądra wieśma wszystko o nich powiedziała. Słuchać jej tylko należy i remanent w sercu przeprowadzić, czy aby gdzie owa szlachcianka w nas się nie uchowała. Albo sprawdzić, czy to na nas czarów nie rzucono i szarpiemy się w nich jak muchy w pajęczynie.
    Zamiast więc o zaklęciach gadać pozdrawiam wiosennie, słonecznie, majowo. W okno patrzę a tam niebem niespiesznie płyną białe chmury. Oby nam czas tak spokojnie płynął w jasnej tonacji błękitu i bieli. A jeśli już szarość się pojawi to niech słońcem będzie prześwietlona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja pozdrawiam, choć burzowo i wietrznie :) Zobaczymy co ten wiatr przyniesie.

      Usuń
  5. Nie spali, będzie chciała mieć choć chwile szczęścia, ale i tak się źle skończy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety. Też tak myślę. Ciężko jest porzucać coś, co znamy - choćby to miało smak goryczy.

      Usuń

Pozostaw uśmiech lub słowo krytyki. :)