11 kwi 2014

Labirynt. część V

Wieczorna szarówka tężała w mrok szeleszczący opadłymi liśćmi, rozedrgany cierpką wonią stygnącej ziemi. Bajarz wciąż szedł naprzód. Choć przy każdym kroku protestowały zmęczone nogi, choć coraz częściej potykał się o konary tonące w zeschłym listowiu. Upór zaciekły wiódł go przed siebie, wbrew rozsądkowi, co szeptał o odpoczynku, o śnie ożywczym. Dobrze, że przynajmniej księżyc drogę Bajarzowi osrebrzał, bo ani chybi rozbiłby sobie nos na jakim wykrocie, w niewiadome brnąc po ciemku. Mężczyzna już dawno stracił nadzieję, że drogę do wsi odnajdzie. To nie była Prastara Puszcza. Nie miał pojęcia, gdzie zaprowadziła go Dębowa Brama i czy kiedykolwiek uda mu się wydostać z tej matni. Przecież stracił wszystko. Nie miał już pergaminu ani ołówka. Nie miał nawet bukłaczka z wodą z jeziora zaczarowanego, by pragnienie ugasić. Przepadła też resztka jadła, co ze sobą zabrał a Margo przecież ostrzegała, by nic z tej krainy nie ruszać. Margo. Pewnie właśnie strawę na wieczerzę przygotowuje, przy piecu się krząta...-westchnął smętnie i mocniej się otulił wełnianą peleryną. Zimno się robiło tak, jakby nocą przymrozek miał chwycić. A przecież zaledwie wieczorem lato panowało. Dziwne.
Wycie wilka, zakończone łkającą, tęskną nutą pochwyciło duszę Bajarza nagłym pierścieniem strachu. Zew wibrował chwilę, tężejąc w obudzonym nagle echu po czym umilkł zduszony, by zabrzmieć znacznie bliżej, kolejnym smutnym zaśpiewem. Mężczyzna zastygł najpierw, znieruchomiał, próbując ustalić z której strony wilk go podchodzi, po czym rzucił się do ucieczki. Na oślep. Byle dalej od polującego drapieżnika.
Zmęczone serce tłukło się ciężko w piersi Bajarza, oddech rwał się szaleńczym wysiłkiem. Ciężkie czapy gałęzi chłostały twarz, szarpały pelerynę. -Zatrzymaj się, stój...-zdawał się szumieć las nad rozognioną strachem głową. -Nie ujdziesz pogoni...nie umkniesz...-szeptał wiatr, niosący coraz to bliższe łkanie wilka.
Wypadł zziajany Bajarz na polanę blaskiem księżyca ujętą, potoczył wkoło błędnym wzrokiem, gałąź rosochatą z ziemi chwycił. Ech...Gdybyż kozik mu został. Marne bo marne ale zawsze ostrze jakoweś. A tak co? Przyjdzie mu zginąć z gardłem rozpłatanym, byle wiechciem się od bestii opędzając.
Zalśniły w ciemności latarnie wilczych ślepi. Wychynął spoza drzew potężny, stalowo-siwy basior. Uszy położył po sobie, zęby odsłonił i łeb spuszczając spojrzał na konar w rękach Bajarza. Ten zaś, czując że jego ostatnia godzina nadeszła, gałąź mocniej w dłoniach ścisnął, oczy zamknął, plecy wtulając w chropowatą korę sosny.
Gdyby miał pergamin i ołówek zaraz by jaki ostrokół wymalował, za murem schronił. Ale torba przepadła, wraz z jakąkolwiek szansa na ratunek. A jeśli to słowa miały moc? Same słowa, nie litery kreślone na kartce? „Masz wszystko, czego potrzebujesz”. Czy nie to właśnie powiedziała mu Margo? Może wystarczy napisać je w swojej jaźni, nadać im kształt...by zamiast gałęzi dzierżyć w rękach ostry miecz, zdolny rozpłatać kark bestii. Może wystarczy owe myśli pchnąć w rzeczywistość, by przyoblec ciało w zbroję opierającą się wilczym kłom?
Mędrzec, Mag i Wojownik...
Ciężka stal w którą zmieniła się gałąź pociągnęła w dół ramiona. Bajarz otworzył oczy, spojrzał przez otwór przyłbicy wprost w wilcze ślepia. Basior przypadł do ziemi. Rozedrgany, czujny. Gotów w każdej chwili uskoczyć przez cięciem miecza. Ale nie rzucał się w przód, nie atakował. Patrzył tylko w napięciu, co też człek uczynić zamierza.
-Marny ze mnie wojownik. -westchnął Bajarz, dobrze wiedząc, że zwierzęciu krwi nie utoczy. Osypały się łuski zbroi do stóp mężczyzny, zniknął hełm, rozpłynęła stal oręża.
Nigdy wojownikiem być nie chciał, nigdy do zawodu myśliwego nie aspirował. Wolał baśnie o zwierzętach układać. Nie z łukiem czy stalą po Puszczy wędrować, ale z plikiem kartek i ołówkiem. Tropił, podpatrywał a potem malował swój własny, zwierzęcy świat w baśniach magicznych, gdzie wilk dzielił duszę z człekiem, stając się częścią jego natury. Tą uśpioną i cichą, gdy królował dzień i tą dziką, nieujarzmioną, budzącą się wraz ze snami. To ona z podkulonym ogonem chowała się w jaskini, gdy świat wokół rozświetlały błyskawice. To ona szczerzyła kły, gdy ktoś podnosił rękę na szczenięta baraszkujące w legowisku.
-Część mnie...-wyszeptał, z nagłym zrozumieniem.
Wilk siedział na wyciągnięcie dłoni, z gracją przykrywszy ogonem stalowe pęciny tylnych łap. Czarne ślepia wpatrywały się spokojnie w mężczyznę. Czekał, aż strach człowieka stopnieje jak ten biały płatek śniegu, co właśnie osiadł na mokrym, wilczym nosie. Teraz, widząc że Bajarz wynurzył się z głębin własnego przerażenia, wilk wstał i odszedł parę kroków oglądając się na wędrowca ze zniecierpliwieniem. Blask księżyca rozmył się, ścieniał zasnuty chmurami. Śnieg padał coraz gęstszy, pstrząc bielą złotorudy kobierzec liści.
Bajarz odetchnął głęboko. Choć nogi miał jak z ołowiu zrobił niepewnie parę kroków. Przystanął. Schylił się powoli po gałąź.
-Jestem zmęczony...-wyszeptał do wilka. -Kostur się przyda...
Basior spojrzał na mężczyznę a jemu zdało się, że w tych czarnych oczach widzi i oczy srebrnego jelenia i paciorkowate ślepka rozszczebiotanej sikorki. I poczuł Bajarz jak w obolałe ciało wsącza się siła czysta niczym woda z zaczarowanego jeziorka. Jak pełznie arteriami kojąc ból, łagodną falą ciepła promieniejącego z piersi uspokaja chrapliwy oddech.
Wilk odsłonił kły w przedziwnym, wilczym uśmiechu i trącają łbem dłoń Bajarza, poprowadził go w biały, zimowy las. 



Autorem obrazu jest Susan Seddon-Boulet

2 komentarze:

  1. Idę krok w krok z Bajarzem. Codziennie. Wraz z nim tracę nadzieję, nie widzę sensu drogi, poznaję siebie. I
    Dobrej nocy Ci życzę. Miękko otulających snów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja z nim idę, bo te baśnie dziwnie się piszą. Tak, jakbym była jedynie piórem stawiającym litery. Nigdy nie wiem co będzie za zakrętem, co powie bohater opowieści.

      Usuń

Pozostaw uśmiech lub słowo krytyki. :)