14 kwi 2014

Kobiece potrzeby wieśmy

Oczywiście, że życie nie było sprawiedliwe. Nikt nigdzie nie gwarantował, że świat powinien być sprawiedliwy. Wieśma podążająca dróżką w stronę chaty, była tym faktem głęboko rozgoryczona. Szarpiąc ozdobne wstążki warkocza sunęła przed siebie jak machina oblężnicza, posapując coraz to wymyślniejsze inwektywy pod adresem męskiej części społeczeństwa.
No dobrze. Może nie powinna żartować z sołtysem, że na męską niemoc pomaga moczenie przyrodzenia w wywarze z chrzanu, ale skąd mogła wiedzieć, że weźmie to na poważne?! Teraz, zamiast mieć pretensje do siebie, gonił za nią przez pół wsi i tylko dlatego zdołała czmychnąć, bo trudno mu było biec z szeroko rozstawionymi nogami. Coś jej się wydawało, że przynajmniej przez tydzień nie powinna pokazywać się w wiosce.
-Czemu w całej okolicy nie ma ani jednego sensownego chłopa?! -zła jak osa cisnęła w trawę czerwone ciżemki, które to wzuła na wiejską zabawę.
-Elfa sobie weź. -smok wzruszył skrzydłami
-Nie lubię jak ktoś na mnie patrzy z góry!
-To krasnoluda...
-Uważasz, że jestem za niska?! -zaperzyła się Margo
Westchnięcie wzburzyło korony brzóz otaczających chruśniak. Drobne listki posypały się żółty deszczem na zrudziałą trawę. Smok warknął na kozę zajadle skubiącą koniuszek jego ogona i zwinąwszy się w kłębek udał, że śpi. Obie były tak samo irytujące. I koza i Margo. Tylko czarny kot wieśmy go rozumiał. Z wzajemnością zresztą. Teraz, pewnie przeczuwając co się święci, zwiał do lasu na polowanie. Typowy samiec, tylko mniej leniwy od smoka.
-A śpij sobie! -warknęła Margo, wściekła, że nie ma partnera do dalszej, konstruktywnej wymiany argumentów. -Zobaczysz jeszcze! Przywołam sobie takiego mężczyznę, że paszczę rozdziawisz ze zdumienia!
Smok był stary. Może przesadą byłoby stwierdzenie, że stary jak świat, ale nie pomylilibyśmy się zbytnio, plasując jego narodziny w gnieździe najbardziej pierwotnych legend. To on właśnie siał strach wśród naszych odzianych w skóry przodków i pożerał pra-dziewice, składane mu w ofierze. Był naprawdę wiekowy...ale i tak nie pojmował samic. Bez względu na to, do jakiego gatunku należały i czy nadal pozostawały dziewicami.
-Obawiam się, że faktycznie mogę zobaczyć. -mruknął teraz najciszej jak umiał, zupełnie odruchowo kładąc po sobie kolczasty grzebień. Nie zamierzał odlatywać do swojej jaskini. Czuł przez łuski, że wkurzoną wieśmę lepiej mieć na oku.
Wieśma na szczęście już go nie usłyszała. Zabrawszy z trawy ciżemki, pomaszerowała do chaty ostentacyjnie zatrzaskując za sobą drzwi.
Zapowiadała się długa noc.
***
-Krwi serdecznej pięć kropli...-mruczała Margo wodząc palcem po wyblakłych literach. Płomień świecy stojącej w piramidzie zastygłego wosku rzucał migotliwy blask na karty starej, opasłej księgi. Dookoła niej piętrzyły się słoje, miseczki, woreczki z przedziwnymi proszkami i pęki ostro woniejących ziół. Roztańczone cienie grały w berka przeskakując z powały na bielone ściany, goniły się po belkach, chowały za girlandami suszonych muchomorów i przystawały zziajane, by zajrzeć przez ramię pochylonej nad stołem wieśmy. Nie zwracała na nie uwagi.
-Kreda, o północy nurzana w... Afuj! -wieśma z widocznym wstrętem ujęła kredę przez strzępek szmatki i uklęknąwszy na podłodze wyrysowała pentagram. W każdym rogu gwiazdy precyzyjnie odmierzyła po jednej kropli krwi z serdecznego palca.
-Dobła...-ssąc opuszek, krytycznie przyjrzała się rysunkowi i raz jeszcze zerknęła na zaklęcie. -Suszony bezwstydnik...-posypawszy proszkiem wnętrze okręgu, uzupełniła całość o ścieg zapalonych świec. Odsunąwszy się nieco, chwyciła księgę i rozpoczęła czytanie magicznej formuły przywołania. Obco brzmiące słowa wiły się w jej ustach niczym węgorze podczas tarła, aura zaklęcia odrapywała bielidło ze ścian a myszy czując nadciągającą katastrofę, pospiesznie pakowały swój dobytek i zwiewały do koziej obórki.
Mniej więcej w połowie zaklęcia zreflektowała się, że chyba powinna przebrać się w coś bardziej efektownego na powitanie stu procentowego mężczyzny, jednak było już za późno...
-Łolaboga...-starzec stojący w centrum pentagramu, ze stęknięciem wyprostował zgięty artretyzmem kark i mrużąc oczy rozejrzał się po izbie. Chwilę mielił dziąsłami naprowadzając protezę na właściwe miejsce. -Zawrzyj okno, dziecino, bo mi reumatyzm rogi powykręca. Cug u ciebie okrutny! -roztarł nagie ramiona pokryte pergaminową skórą i poprawił przepaskę smętnie zaplątaną dookoła kościstych bioder.
Margo spojrzała z pode łba na geriatrycznego demona i pospiesznie przebiegła wzrokiem tekst zaklęcia. Wszystko się zgadzało...oprócz efektu finalnego.
-Przywoływałam Inkuba! -ze złością rąbnęła księgą o blat stołu. -Co to ma być?!
-Jestem inkubem! -starzec z godnością splótł ręce na zapadniętej piersi. -Emerytowanym! Niestety, panienka wybrała sobie złą porę na rytuał. Królowa Amazonek wydaje dzisiejszej nocy przyjęcie dla swych towarzyszek i wszystkie czynne zawodowo Inkuby zostały oddelegowane do obsługi imprezy w pałacu. Zostałem tylko ja, no i...-westchnął. -Zassało mnie.
-Naprawdę wszyscy? -wieśma wyglądała na prawdziwie załamaną.
-Obawiam się, że tak. -starzec najwidoczniej wciąż posiadał mocno zakorzenione, inkubie poczucie obowiązku i widok rozczarowanej niewiasty poruszył go niezmiernie. -No niech panienka nie beczy! Przecież możemy spędzić tą noc całkiem przyjemnie!
-Niby jak? -spojrzenie jakie rzuciła mu wieśma mogło zdemotywować nawet najjurniejszego mężczyznę. Na dziadku nie zrobiło wrażenia.
-Ziółka na trawienie możemy sobie zaparzyć...-zaproponował Inkub. -Albo co mocniejszego wypić..-dodał z nadzieją.
-Właściwie...-Margo ogarnął ponury fatalizm. -Czemu by nie...
***
Słońce ledwo co wytoczyło się zza linii drzew i drapało złociste plecy o czubki okolicznych sosen, gdy smoka obudził dziwny odgłos dochodzący od strony wygódki. Wstał, przeciągnął się z chrzęstem łusek, strzepnął ze skrzydeł łaskoczące kropelki rosy i obróciwszy łeb ujrzał dziwną scenę rozgrywającą się przy wychodku.
Margo, zgięta w pół skurczem żołądka oddawała światu kolejną porcję tego, co jeszcze parę godzin wcześniej było piołunówką. I nalewką malinową. I jarzębiakiem. I....
Rogaty starzec przytrzymywał warkocz wieśmy i cmokał ze współczuciem.
Smok poczekał, aż niewiasta wróci nieco do równowagi gastrycznej, spojrzał na demona i odchrząknął znacząco.
-Czy to jest właśnie ta scena, w której rozdziawiam paszczę ze zdumienia? -zapytał uprzejmie.
Wieśma otworzyła usta, by powiedzieć mu jasno i wyraźnie co o nim myśli, ale piołunówka miłosiernie zaoszczędziła jej kolejnego błędu.
I nalewka malinowa. I jarzębiak. I...



Obraz znaleziony w sieci. Jeśli ktoś zna autora - proszę o info :)

15 komentarzy:

  1. Czasem takie pijaństwo tez kobiecie potrzebne ;-) No poranek po takiej nocy już nie bardzo ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojoj! Znaczy: opowiadanko z finałem znanym z autopsji? ;)

      Usuń
    2. Na szczęście to było dawno i nieprawda, ale tak mi się ten finał utrwalił, że wszelkiego rodzaju % szerokim łukiem obchodzę do dzisiaj ;)

      Usuń
  2. nie może winna być piołunówka, ani nalewka malinowa, ani jarzębiak. Zawsze winna jest sałatka ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Och, jak ja lubię te Twoje bajki, kochana Bajarko. Mam takie jedno, podobne wspomnienie…
    Dlatego wolę już nie marzyć i nie próbuję naginać rzeczywistości jakimiś czarami, ale przyjmuję z ufnością to, co po prostu do mnie przychodzi ;-D
    Ale w m pomaga tak zwana starość. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że Margolcia nigdy już ani mieszać nalewek nie będzie ani też pentagramów rysować. Na zdrowie jej to nie wyszło...oj nie.

      Usuń
  4. Oj Margo, Margo. Co to by było gdyby się udało? Dawno się tak nie uśmiałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy byłaby bajka od lat 18 :D
      Takie też pisałam ;)

      Usuń
    2. Daj poczytać , tak po cichutku :)

      Usuń
  5. Oj chyba każdej z nas się to przytrafiło:)))Metaxa z lodem i cytryną cudnie wchodzi...tylko efekt jest taki jak po mieszance Margo:))))Nigdy więcej się nie pojawi :))))))a bajkę od 18 lat też bym chętnie poczytała:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może kiedyś, kiedyś ;)
      W każdym razie nie były to historie o Margolocie ;)

      Usuń
  6. I to się nazywa mieć szczęście :P Dobrze że został do dyspozycji taki stary bo co by sobie amant pomyślał widząc skutki spożycia magicznej mieszanki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz! Jakby był amant, to zamiast picia znalazłyby się inne rozrywki ;)

      Usuń

Pozostaw uśmiech lub słowo krytyki. :)